Zwiedzamy Yorkshire. Dreszczyk z północy

Duchy i mroczne historie to angielska specjalność, szczególnie na północy kraju, gdzie wrzosowiska i średniowieczna architektura stanowią idealne tło dla opowieści grozy. Za najbardziej nawiedzone w Wielkiej Brytanii uważane jest hrabstwo Yorkshire. Dziwne zjawiska występują tu nieomal w każdej katedrze, zamku czy... szafie. Opowiada się o nich z dumą. I z przymrużeniem oka.

Zdjęcie

Ulica w Robin Hood Bay w Yorkshire /123/RF PICSEL
Ulica w Robin Hood Bay w Yorkshire
/123/RF PICSEL


Mieszkańcy hrabstwa są przekonani, że yorkshire pudding to ich najdonioślejszy wkład w gastronomię. Zamawiam go w pięćsetletniej gospodzie Golden Fleece (Złote runo). – Od 200 lat przygotowujemy pudding w ten sam tradycyjny sposób – zapewnia barman. Rzecz kojarzy się deserowo, ale to danie obiadowe. Pudding wypiekany jest na wołowym smalcu, choć dawniej pieczono go na tym, co wytopiło się z pieczeni – czytam w karcie.

Dostaję wielką prostokątną brytfankę z ciasta naleśnikowego, wypełnioną purée i wołowiną w brunatnym sosie. Trzy ziarnka groszku wyglądają w nim jak rozbitkowie. Pudding ma kształt i wdzięk... cegły. Ale najwyraźniej o to tu chodzi. Studiuję bogatą historię tawerny.

Reklama

Golden Fleece ma opinię najbardziej nawiedzonej w Wielkiej Brytanii, tak chwalą się gospodarze. Lista widywanych tu ciał astralnych jest długa i obejmuje skazańców, pomywaczy i właścicieli szynku. „Najmłodszy” jest duch Geoffa Monroe’a, kanadyjskiego lotnika, który w 1945 roku wyskoczył oknem, a dziś w pełnym umundurowaniu przechodzi przez ściany domu.

Sillkies, duszki pościelowe, ściągają z gości kołdry, wyciągają wtyczki z gniazdek i hałasują na schodach – „zachęca” opis pokojów nad tawerną. Skąd tyle zjaw? Mam podejrzenia, że za nocne koszmary odpowiada zjedzony wieczorową porą pudding.

Przepraszam, czy tu straszą?

Turystyka z dreszczykiem to specjalność Yorku, jednego z najstarszych miast Wielkiej Brytanii. Przewodnicy prześcigają się w pomysłach na oryginalny spacer z duchami. 47-letni Jonathan Kelly, filozof, oprowadza w stroju gothic punk. Jego uniform to czarny surdut, nabijane ćwiekami platformy i czarny kapelusz. Czas wycieczki mierzy zegarkiem z dewizką.

Jego konik to rodzina Yorków, najsłynniejszy ród hrabstwa. Ich konflikt z Lancasterami w XV wieku, czyli Wojna Róż, obfitował w tak krwawe epizody, że stał się kopalnią wątków dla scenarzystów serialu Gra o tron.

Docieramy do Shambles, podobno najlepiej zachowanej średniowiecznej ulicy Europy. W zaułku pełnym powykrzywianych elżbietańskich domów mieściła się miejska jatka. Jonathan Kelly przeplata historię obrazkami z życia w średniowiecznym Yorku. – Jatka sąsiadowała z cmentarzem i placem egzekucji. Stąd brały się miejskie epidemie! Sprzątano tu raz w tygodniu albo... przed egzekucją – teatralnie zniża głos.

– To było show! Myślicie, że kaci byli zawodowcami? Tylko w przypadku dobrze urodzonych skazańców. Wyroki na biedocie z potrzeby gotówki wykonywali amatorzy. W tawernie tak się znieczulali, że ledwo stali na nogach, o trafieniu toporem nie wspominając!

Ghost walks to popisy wiedzy i angielskiego poczucia humoru. Szlak kończy się pod Minster, średniowieczną katedrą. Straszy w niej Shamus, duch, a raczej duszek psa należącego do mistrza kamieniarskiego. – Pies był złośliwy, dlatego pod nieobecność majstra pomocnicy zamurowali go w ścianie katedry – wyjaśnia Kelly. – Biedak nie wie, że od 400 lat nie żyje. Czeka i szczeka – podsumowuje historię.

Okno z widokiem

Prawdziwą atrakcją katedry nie są jednak duchy, lecz średniowieczne witraże w 128 oknach, składające się z dwóch milionów elementów. Wielkie wschodnie okno, największy średniowieczny witraż na świecie, przedstawia apokalipsę. Jest wprawdzie w konserwacji, ale można go zobaczyć.

Za zgodą dziekana katedry, wielebnej Vivienne Faull, renowacja szklanych okienek została wykorzystana jako kolejna atrakcja. Zdemontowane i odrestaurowane witraże można podziwiać w specjalnej kopule (the Orb) pośrodku katedry. Na interaktywnej wystawie każdy fragment wielkiego okna jest na wyciągnięcie ręki.

– Czy odnowienie jednego witrażu trwa sześć, sześćdziesiąt czy sześćset godzin? – sprawdzam swoją wiedzę w miniquizie. Potem składam samodzielnie witrażowe puzzle, rysuję gargulca i próbuję sił w wirtualnym kamieniarstwie.

Szczęśliwie katedra i jej witraże nie padły ofiarą destrukcyjnej fali „reformatorskiej” za panowania Henryka VIII. A przecież separacja Kościoła anglikańskiego, kiedy król nie dostał od papieża rozwodu z Katarzyną Aragońską, poskutkowała usunięciem wszelkich motywów katolickich ze świątyń, a także rozwiązaniem i zniszczeniem opactw.

Henryk VIII przejął majątek zakonny, budynki zaś oddał w ręce prywatne. Klasztorne kaplice stały się źródłem surowców budowlanych. Ich ruiny stanowią dziś malownicze atrakcje turystyczne.

Seans z wampirem

Najbardziej widowiskową ruiną Yorkshire jest opactwo w Whitby. Góruje nad miastem jak zamek-widmo i choć odegrało ważną rolę w historii Kościoła (w VII wieku odbył się tu synod pierwszych biskupów Anglii), turyści kojarzą je raczej z wampirami.

W 1890 roku dziennikarz Bram Stoker spędzał tu wakacje. Okna pensjonatu wychodziły na ruiny opactwa. Widok z okna i lektura książki o historii Karpat zainspirowały Irlandczyka do napisania Drakuli.

Horror rozpoczyna się w zatoce Whitby, do której przybywa rosyjski szkuner. Załoga nie żyje. Jedyny ocalały to wielki czarny pies. Ze statku biegnie po kamiennych schodach w stronę opactwa. Pod postacią psa kryje się sławny wampir z Transylwanii, którego zamiary poznajemy na kartach powieści. Choć książka Stokera jest fikcją, wielu turystów usilnie poszukuje grobu Drakuli.

W czasie Halloween w ruinach opactwa gromadzą się fani horrorów i mody retropunk. Ale w porcie odkrywam, że kurort przyciąga również brać piracką, a strój korsarza to podstawa wakacyjnego lansu. Królem pubów jest Jack Sparrow (bohater filmu Piraci z Karaibów).

Na koniec przekonuję się, że w Whitby prosperuje także całkiem prawdziwa szajka przestępców, a ostrzegają przed nią wszystkie bary fish&chips, z których słynie port. „Oto złodziej. Przypatrz się” – czytam na plakacie przedstawiającym sympatyczną białą mewę. – Proszę nie spuszczać posiłku z oka! – zwraca uwagę sprzedawca w smażalni Magpie’s Cafe (Pod Sroczką), podając rybę z frytkami na wynos. Wystarczy chwila zapatrzenia na piękną zatokę i... złodzieje atakują. Są szybcy. Gorący dorsz znika w dziobie ptaka. Mewa jest bardziej bezwzględna od Drakuli i korsarzy.

Przemyt i geologia

Przestępcze epizody miał też kurort Robin Hood’s Bay. Książę złodziei z Sherwood nigdy tu jednak nie gościł. – Tak samo nazywano tu leśnego elfa – wyjaśnia Lisa Winder, właścicielka bistro Smugglers (U szmuglerów). Wioska była za to w XVIII w. dziuplą przemytników. Procederem tym dorabiali rybacy, szkutnicy, a nawet duchowni – wyjaśnia.

Otoczona mokradłami osada dobrze nadawała się do kontrabandy. W zatoce kotwiczyły statki wyładowane herbatą, tytoniem i ginem. Skrzynki alkoholu w magiczny sposób znikały w porcie, bo klif Robin Hood’s Bay wypełniał labirynt kanałów i skrytek z przejściami w domostwach.

– Mówiło się, że bela jedwabiu mogła przebyć drogę od portu do szczytu klifu, nie opuszczając budynków – mówi oberżystka, wskazując na kaskadę domów przyklejonych do klifu. Były jak twierdza, poborców akcyzy witano tutaj wrzątkiem wylewanym z okien. Przemyt kwitł do XIX wieku, kiedy to do malowniczej miejscowości zaczęli zaglądać pierwsi turyści. Okazali się mniej stresującym źródłem dochodu i z czasem Robin Hood’s Bay przekształciła się w sympatyczny rodzinny kurort.

Ulubionym zajęciem letników jest zbieranie skamielin. 200 milionów lat temu, w epoce kredy, zatoka znajdowała się głęboko pod wodą, a teraz podczas odpływu od erodującej skały odpadają fragmenty zawierające skamieniałe morskie żyjątka i rośliny. Mam szczęście. Jest odpływ i mogę się przekonać, jak szybko można je znaleźć. Kilkuletni łowcy skarbów, wyposażeni w łopatki i wiaderka, kopią w błocie. Mała poszukiwaczka taszczy płaski kamień z odciskiem. Roślina? Stopa? Ptak? Poszukiwacze udają się z rodzicami po ekspertyzę do miejscowego sklepu geologicznego.

– To belemnity – stwierdza ekspedient. – Bywa, że amatorzy znajdują kosteczki dinozaurów – dodaje. – W tym roku znaleziono w Whitby kości najstarszego brytyjskiego zauropoda! – ekscytuje się. Na pamiątkę kupuję dwa piękne amonity.

Kolej na magię

W Robin Hood’s Bay ma początek trasa spacerowa wiodąca przez największe wrzosowiska Anglii: Park Narodowy North York Moors. Wystąpiły w dziesiątkach produkcji filmowych, między innymi w Sherlocku Holmesie i przygodach Herkulesa Poirota. Park ma dwa tysiące mil szlaków. Jak wybrać ten najpiękniejszy?

– Polecam parking Horcum Dyke przy drodze z Yorku do Whitby – radzi mieszkaniec Robin Hood’s Bay. – Stamtąd widok jest najpiękniejszy. Faktycznie, ze wzniesienia roztacza się panorama purpurowej doliny. Według legendy powstała ona, kiedy olbrzym Wade podniósł garść ziemi i... cisnął w złości w żonę. Horcum Hole przypomina zielono- -fiołkowy amfiteatr, w którym „grają” stada białych owiec i sunące co jakiś czas przez wrzosowiska kolorowe parowozy.

Postanawiam zjechać w dolinę i przyjrzeć się ciuchci z bliska. Znów mam szczęście. Na stację Goathland wjeżdża pociąg zabytkowej kolei North Moors National Railway. – Skład obsługuje lokomotywa Sir Nigel Gresley z 1937 roku, najszybszy przedwojenny parowóz – mówi z dumą zawiadowca. – Wie pani, że kręcono u nas Harry’ego Pottera?

Goathland zagrało Hogsmeade Station. Tu kończył bieg Hogwart Express. I gdzieś tu Harry Potter spotkał w pociągu dementora – kolejarz jest znawcą powieści J.K. Rowling. Skąd u zawiadowcy taki pociąg do magii? W tak nawiedzonym hrabstwie jak Yorshire wszystko jest możliwe.

Grażyna Saniuk


Artykuł pochodzi z kategorii: Zwiedzaj świat

Zobacz również