Wyprawa do Izraela

W Izraelu popularne jest powiedzenie, że Jerozolima się modli, Hajfa pracuje, a Tel Awiw bawi. Brzmi dobrze, ale jak to się ma do rzeczywistości? Postanowiłam przekonać się o tym na własne oczy.

Reklama

Kiedy rzucam okiem na mapę Izraela, mam wrażenie, że odległość z Jerozolimy do Naharijji jest porównywalna do trasy Warszawa – Gdańsk. Dopiero po chwili dociera do mnie, że skala jest zupełnie inna: tutaj kilometr zajmuje tyle, co dziesięć kilometrów na mapie Polski. Ale na tym jednym izraelskim kilometrze zmiany krajobrazu bywają tak gwałtowne, jak na żadnej z polskich dróg.

Na północy zaskakuje mnie zieleń Galilei. Wzgórza porośnięte piniowymi lasami, ciągnące się od Hajfy aż po Jezioro Tyberiadzkie, nad którym lasy ustępują miejsca winnicom, są odległe od tego, do czego przywykłam podczas podróży do innych krajów Bliskiego Wschodu. Jakby na tym niewielkim kawałku ziemia próbowała w dwójnasób spełnić złożoną Mojżeszowi obietnicę o krainie mlekiem i miodem płynącej.

Jadąc od jeziora w linii prostej na wschód, docieram do Akki – historycznego Acre, najważniejszego portu Królestwa Jerozolimskiego i stolicy krzyżowców w XII i XIII wieku. Spacerując po mieście, trudno uwolnić się od wizji europejskich bożych awanturników, którzy solidną, romańską architekturą próbowali posiąść tę ziemię na wieki. Pozostały po nich tylko potężne mury, z których małoletni potomkowie Saladyna skaczą w kipiące fale Morza Śródziemnego.

Trzymając się wybrzeża, ja dę dalej na południe. Mijam Hajfę – nowoczesne portowe miasto. Na pewno dobrze się tu pracuje, ale niekoniecznie chce się do niego wracać. Stąd do Tel Awiwu jest zaledwie godzina jazdy pociągiem. Trasa biegnie wzdłuż wybrzeża, nie sposób oderwać oczu od przepięknych, szerokich, piaszczystych plaż będących niemal na wyciągnięcie ręki.

I znów – nie sposób nie pomyśleć o Żydach przybywających przez morze do Palestyny przez cały XX wiek, gnanych obłędną wizją stworzenia nowego domu, w którym już zawsze byliby u siebie. Najpiękniejszym pomnikiem owych wizjonerów jest właśnie Tel Awiw (Wiosenne Wzgórze), miasto na wskroś europejskie, wzniesione na piaskach pustyni wyłącznie żelazną wolą nowych osadników.

Pamiątkami po kolejnych alijach – falach napływu emigrantów – są poszczególne dzielnice. W Jafo, najstarszej, dziś pieczołowicie odnawianej, znajdują się XIX-wieczne domy pierwszych osadników, całkowicie europejskie, jakby ich budowniczowie upierali się jeszcze, że nagną nowy kraj do zasad starego.

Szeroka, kolonialna aleja Allenby w sercu miasta przypomina z kolei o rządach brytyjskich, natomiast szklano-stalowa ulica Dizengoff jest już ukłonem w stronę nieodwracalnej globalizacji XXI stulecia. Mieszkańcy Tel Awiwu, relaksujący się wieczorami w kawiarniach przy wysadzanym platanami bulwarze Rothschilda, są wyluzowani, świeccy, nieskrępowani 613 nakazami i zakazami judaizmu.

Czekając na Mesjasza

Gdy kończy się szabat i ruch zostaje wznowiony, można wsiąść do jednego z licznych autobusów kursujących do Jerozolimy. Zostawiamy za sobą morze i przez Pustynię Judejską stopniowo wjeżdżamy coraz wyżej, aż wreszcie dostrzegam światła Dawidowego miasta. W Jerozolimie człowiek niewierzący czuje się trochę jak intruz. Atmosfera, szczególnie w starej części, jest przesycona religijnością – trudno znaleźć mężczyznę bez kipy (jarmułki) na głowie, co chwila natykam się na chasydzkie rodziny: mąż w czarnym garniturze i kapeluszu, żona w berecie lub chustce na głowie, otoczona gromadką zapiętych pod szyję dzieci w czarnych pantoflach i białych rajstopach.

Ludzie nie z tego świata w mieście od tysiącleci wypatrującym Mesjasza, a że każdy oczekuje innego, o konflikt nietrudno. Mesjasz chrześcijan już przy był – via Dolorosa, znajdująca się w dzielnicy muzułmańskiej, to jeden wielki bazar kiczowatych pamiątek związanych z trzema monoteistycznymi wyznaniami. Pielgrzymi, klękający nabożnie pomiędzy stoiskiem z przyprawami a straganem z krucyfiksami, menorami i arafatkami wyglądają nieco surrealistycznie.

Żydzi czekają na swojego Mesjasza pod Ścianą Płaczu – plac jest mniejszy, niż to sobie wyobrażałam. Dość szczególne wrażenie robią służby oczyszczania miasta, wywożące w czarnych workach karteczki z prośbami do Najwyższego, zostawiane w szczelinach muru zachodniego. A tuż za nim – złota Kopuła na Skale, obok meczet Al-Aksa, to wszystko na górze Moria… Nawet turyście trudno jest wytrzymać to religijne napięcie, a co dopiero mówić o mieszkańcach miasta.

Ruszam dalej na południe, uciekam z Jerozolimy nad Morze Martwe, w swojej martwocie niebywale piękne: gładka tafla oleistej wody w otoczeniu pustynnych gór pozwala odzyskać spokój po jerozolimskich uniesieniach. I jeszcze dalej, przez pustynię Negew na samo południe, do Ejlatu, kurortu pełnego rosyjskich turystów, spragnionych słońca, morza i dostępnej wszędzie wódki.

Dopada mnie refleksja, że ten z założenia homogeniczny, bo żydowski, kraj jest zróżnicowany jak chyba żaden inny. Składa się na niego tyle obrazów, ile odmiennych, przywiezionych z całego świata kultur brało udział w jego budowie. Co chyba jest jego przekleństwem i błogosławieństwem zarazem.

Duchowe getto Mea Szearim

Wejście tutaj to jak podróż w czasie do przedwojennych kresowych sztetli. Ta najbiedniejsza i najbardziej zaniedbana dzielnica, usytuowana w samym sercu Jerozolimy, zamieszkana jest przez ubogich ultraortodoksyjnych Żydów, którzy przybyli tu w XIX w. z Polski i Węgier na rozkaz wielkiego rabina z Wilna.

Modlą się i studiują Torę, odgrodzeni od „grzesznego świata”. Nie uznają samego państwa Izrael, jego istnienie uważają za obrazę Boga. W szabat całkowicie odcinają się od świata zewnętrznego – nie wpuszczają tu nawet karetek pogotowia czy straży pożarnej.

Wika Kwiatkowska

Artykuł pochodzi z kategorii: Zwiedzaj świat

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Zobacz również