Tirano, perła Lombardii

Nie jest szerzej znane, próżno szukać o nim informacji w przewodnikach, a jednak przybyszów spotykam tu sporo. Jak to możliwe? Powody są dwa. Pierwszy – bazylika z cudowną figurą Matki Boskiej. Drugi – słynny szwajcarski ekspres Bernina. Tutaj, po włoskiej stronie, ma swoją ostatnią stację na trasie, której fragmenty trafiły na listę UNESCO. Tirano też jest wyjątkowe i warte poświęcenia mu choćby dnia.

Zdjęcie

/Pracownia Projektowa Maxpol Grażyna Bogusiewicz
/Pracownia Projektowa Maxpol Grażyna Bogusiewicz

Zdjęcie

/Pracownia Projektowa Maxpol Grażyna Bogusiewicz
/Pracownia Projektowa Maxpol Grażyna Bogusiewicz

Do Tirano trafiłam przypadkiem. To nie był świadomy wybór, ale przesiadka po drodze z Włoch do Szwajcarii. Miałam być tam godzinę, zostałam na cały dzień. I chętnie jeszcze kiedyś wrócę.

Reklama

Pierwsze zaskoczenie przeżyłam na dworcu. Okazało się, że liczące kilka tysięcy mieszkańców miasteczko ma nie jeden, ale aż dwa dworce kolejowe. Pierwszy – kolei włoskich, drugi szwajcarskich Kolei Retyckich. Ba, więcej podróżnych przyjeżdża tutaj od strony Szwajcarii niż z Włoch. Powody są oczywiste. Pierwszy to słynny ekspres Bernina. Część jego trasy wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Bez przerwy trzaskają migawki aparatów. Międzynarodowe towarzystwo, z przewagą Azjatów, biega w podnieceniu od okna do okna. Nikt nie chce uronić nawet fragmentu obrazu.

Widoki na trasie z Chur i Sankt Moritz ku przełęczy Bernina (na wysokości 2253 m n.p.m.) są oszałamiające. To najwyżej położona trasa kolejowa Europy, jaką pociąg pokonuje bez specjalnych zębatek. Później zjeżdża coraz niżej, by blisko granicy z Włochami pokonywać słynne zakręty-ślimaki. Na koniec wjeżdża dostojnie do Tirano (450 m n.p.m.), gdzie tory położono dosłownie na jezdni. Samochody zatrzymują się, by przepuścić pociąg jadący drogą ku kurortowi bogaczy – Sankt Moritz.

Drugi powód jest równie jasny. Po tej stronie granicy ceny są wyraźnie niższe. Opłaca się przyjechać na zakupy albo weekendowy rodzinny obiad. Tym bardziej, że naprawdę atrakcyjnym cenom nie ustępuje menu. I właśnie od uroczej knajpki zaczęło się moje zauroczenie miasteczkiem. Jowialny kelner zainteresował się blondynką z Polski. Nie bacząc na spory weekendowy ruch, za każdym razem, gdy przechodził koło mojego stolika, musiał przystanąć i zagadać. Uległam. Najpierw zrezygnowałam z najbliższego pociągu, później przełożyłam wyjazd na ostatni kurs. Doskonałe domowe wino pomogło mi zmienić plany bez żalu. Miły gospodarz polecił mi niedrogi hotelik i podsunął ulotkę opisującą liczne atrakcje (szkoda, że nie mogę zostać do jutra!). Tą największą jest bazylika stojąca na placu Madonny z Tirano. Zbudowano ją w XVI wieku w miejscu, gdzie 29 września 1504 doszło do objawienia Matki Boskiej.

Świątynia powstała za murami miasta. Dojście do niej zajmuje trochę czasu. Idę długą, lekko opadającą w dół aleją. Perspektywę zamyka duży kościół. Trochę przypomina to... Aleję Najświętszej Marii Panny w Częstochowie. Na skale nad bazyliką widać średniowieczny kościółek. Zabrakło mi czasu, by się tam wybrać... Ołtarz Objawienia stoi w ozdobionej stiukami pierwszej kaplicy po lewej stronie. Jestem zaskoczona, bo chociaż w kościele jest tłoczno, to przed cudowną figurą nikt się nie modli. Za to przed organami głowy zadzierają prawie wszyscy. Jest co podziwiać. Bogactwo rzeźbionej obudowy jest wyjątkowe. Mam nadzieję, że ktoś zagra. I szczęście mi dopisuje. Kiedy do wnętrza wkracza liczna grupa Japończyków, organy ożywają. Cudowny dźwięk wypełnia bazylikę. Japończycy wyglądają jakby wpadli w ekstazę. Wyjmują tablety i... nagrywają.

Ja muszę wracać do centrum i pospacerować po (podobno) pięknej starówce. Po drodze wstępuję na kawę i – jak się za chwilę okaże – najlepsze tiramisu, jakie jadłam w życiu. Jestem jedyną osobą, której się spieszy. Czas biegnie w swoim powolnym tempie. Gdyby nie rozkład jazdy pociągów, łączący Tirano z czasem Greenwich, mogłabym uwierzyć, że tutaj noszenie zegarka jest nietaktem. Upewniają mnie w tym starsi panowie w parku po drugiej stronie ulicy. Nie ożywia ich nawet temat rozmowy – wieczorny mecz Milanu w piłkę nożną. Stara część miasta rzeczywiście jest urocza, chociaż miejscami zaniedbana. Niektóre z zabytkowych budowli są w ruinie, inne pięknie odnowione. Wąskie uliczki w okolicach fary San Martino jakby zakonserwowały atmosferę sprzed wieków. Mimo że to październik, słońce przygrzewa miło. W drodze na pociąg jeszcze raz zatrzymuję się na lampkę wina. Chciałabym zatrzymać czas i pociąg, który powiezie mnie do „mojego” świata.

MR

Artykuł pochodzi z kategorii: Zwiedzaj świat

Świat & Ludzie
Więcej na temat:

Zobacz również