Nieznane oblicze Portugalii

Z jednej strony ocean, surowa przyroda i wspaniałe dary morza. Z drugiej – zaklęta w kamieniu historia, pełna dumnych królów, miłosnych legend i sekretów templariuszy. Portugalia jest jak kobieta: tajemnicza, kapryśna i namiętna. Tekst: Wika Kwiatkowska

Zdjęcie

Klasztor w miejscowości Batalha w Portugalii /123/RF PICSEL
Klasztor w miejscowości Batalha w Portugalii
/123/RF PICSEL

Portugalczycy lubią o sobie mówić, że są „narodem łagodnych obyczajów”. To prawda, trudno się w nich doszukać hiszpańskiej nadekspresji czy włoskiej gadatliwości, wyróżniają ich natomiast cierpliwość i wyjątkowa uprzejmość. Widać to w codziennym życiu – w sklepach, kawiarniach, na drogach.

Dla nas, ludzi Północy zaprogramowanych na ciągłą walkę (z pogodą, kierowcami, całym wrogim światem), życzliwa z natury postawa nie jest ani oczywista, ani typowa. A mimo to Portugalczycy często twierdzą, że czują więź z Polakami.

Reklama

Co ją buduje: silna katolicka tradycja, burzliwa historia pełna wzlotów i upadków, a może trudne relacje z sąsiadami leżącego nieco na uboczu kraju? Cokolwiek to jest, muszę przyznać, że również ja poczułam się w Portugalii jak ryba w wodzie.

Bacalhau na 365 sposobów

Nomen omen ryba, a konkretnie dorsz atlantycki, stanowi tutaj integralną część historii, tradycji i oczywiście kuchni. Portugalczycy zaczęli wypływać po niego na wody Nowej Funlandii na początku XVI w.

Z czasem bacalhau (czyta się: bakaliau), czyli suszony i solony dorsz, stał się narodową potrawą. Mówi się, że można go przyrządzić na 365 sposobów. Tyle, ile jest dni w roku. I faktycznie, nie tylko każdy region, duże miasto, ale i mała miejscowość szczyci się przepisem na najlepszego (a jakże!) bacalhau.

Mimo że poznałam tylko centralną część kraju – tę między Lizboną a Porto – to miałam okazję, i niewątpliwą przyjemność, spróbować słynnego suszonego dorsza w wielu smakowitych odsłonach.

Co więcej, aby nie być tylko bierną konsumentką, odwiedziłam Muzeum Morskie w Ílhavo, gdzie weszłam na pokład starego drewnianego kutra przewożącego kiedyś tony solonego dorsza oraz kontemplowałam dorodne, nienarażone na zakusy rybaków okazy pływające w tamtejszym akwarium.

Poczułam, że bacalhau przestało być dla mnie tylko regionalnym daniem i ciekawie brzmiącym słowem. Stało się zjawiskiem, stylem życia, swoistą emanacją ducha Portugalii. Miałam też okazję spróbować innego atlantyckiego przysmaku: percebes, czyli kaczenic – zbieranych na skałach, bardzo drogich skorupiaków przypominających pazurki.

Wygląd mają wyjątkowo nieapetyczny, ale smak… to najczystsza esencja oceanu. I tak jak współczuję wszystkim, którzy przyjeżdżając do Portugalii, nie jedzą ryb i owoców morza, tak samo ocieram łzę, myśląc o tych, którzy nie decydują się spróbować tutejszych jajecznych wypieków.

Bo jajka stanowią nieodzowny składnik miejscowych deserów. Na przykład w rozpływającym się w ustach tradycyjnym cieście pão de ló de ovar, którego tajemnica kryje się w tym, że do biszkoptowego chlebka dodaje się żółtka i cukier puder, a potem długo się go piecze w glinianym naczyniu w niskiej temperaturze. Ale dosyć o przyjemnościach podniebienia, czas zająć się duchem. I duchami przeszłości.

„Imię róży” i piątek trzynastego Krwawe love story

Kierując się na zachód, w stronę oceanu, po 20 km dojeżdżamy do miejscowości Batalha (co po portugalsku znaczy „bitwa”), która sama w sobie jest jakby dodatkiem do pięknego gotyckiego klasztoru Matki Boskiej Zwycięskiej, ufundowanego przez króla Jana I w podzięce za cudowną interwencję Matki Boskiej i zwycięstwo nad Hiszpanami w bitwie pod Aljubarrotą.

Wznoszony przez blisko 150 lat (od 1385 r.) stał się świadectwem królewskiej potęgi, ale też kunsztu budowniczych. Poza kaplicą z królewskimi sarkofagami i bogato zdobionymi krużgankami wrażenie robią tzw. Niedokończone Kaplice, czyli przepiękna niezadaszona rotunda, której budowę przerwano z niewiadomych przyczyn.

Specyficznym tyglem historii i współczesności jest Coimbra, nazywana „sędziwym miastem z młodzieńczą energią”. Była to pierwsza stolica Portugalii, mieści się tu najstarszy uniwersytet w kraju. Po całym mieście wędrują studenci w długich czarnych płaszczach – wyglądają, jakby przybyli z innej epoki albo… prosto z Hogwartu.

Z Coimbrą wiąże się osobliwa historia miłosna z XIV w. – prawdziwe krwawe love story. Infant portugalski Piotr miał płomienny romans z dwórką swojej żony Konstancji – Inês de Castro. Po śmierci małżonki chciał zalegalizować związek, ale król polecił zamordować kochankę syna (w miejscu, gdzie teraz rozciągają się romantyczne ogrody hotelu Quinta das Lágrimas).

Zemsta księcia była straszna: wywołał wojnę domową przeciwko ojcu, a kiedy zasiadł na tronie, rozkazał wyrwać serca mordercom ukochanej. Ją samą ekshumował (siedem lat po śmierci!), posadził ubranego w królewskie szaty trupa na tronie, kazał dworzanom oddawać mu hołd i całować go w rękę…

Aby wyrwać się z tego pełnego namiętności, ale melancholijnego nastroju (mimo że Portugalczycy hołubią swoją „saudade”), trzeba zajrzeć do uroczego, okolonego średniowiecznymi murami Óbidos – najlepiej podczas festiwalu czekolady.

I koniecznie wypić tradycyjną wiśniówkę z czekoladowych kieliszków, które na końcu się zjada. Szacunku dla własnej tradycji moglibyśmy się zresztą uczyć od Portugalczyków. Na pokładzie swoich linii lotniczych TAP serwują posiłki w porcelanie Vista Alegre, kolejnej narodowej dumie.

Wszyscy słyszeliśmy o dramatycznym uwięzieniu templariuszy w 1317 r. przez zadłużonego u nich króla Francji Filipa IV Pięknego. Wiemy, że oskarżono ich o herezję, świętokradztwo, czary, rozpustę i spiskowanie z Saracenami, ich majątki we Francji uległy konfiskacie, a wielu zakonników – w tym wielkiego mistrza Jakuba de Molaya – spalono na stosie. I że stąd piątek trzynastego uważany jest za dzień pechowy.

Ale mało kto wie, że był kraj, w którym templariusze mogli się schronić i prowadzić spokojny żywot. Była nim Portugalia. Król Dionizy I odtworzył zakon pod nową nazwą Zakon Rycerzy Chrystusa, pozostawiając jego członkom majątki templariuszy, a wśród nich imponujący, założony w XII w. i górujący nad okolicą klasztor w Tomarze.

To stąd zakonnicy wyruszali na krucjaty, aby wypędzić niewiernych Maurów z Półwyspu Apenińskiego. To tutaj zbudowali niezwykłą budowlę zwaną Charola. To romański kościół o nietypowym układzie: pośrodku 16-bocznej budowli znajduje się ośmioboczny główny ołtarz, a całość została zaprojektowana tak, aby zakonnicy uczestniczący w mszach mogli nie schodzić z koni.

W klasztorze zakonu w Tomarze można spędzić cały dzień – ja po trzech godzinach zwiedzania czułam niedosyt. Ogromne, rozbudowywane przez kilka wieków założenie jest nie tylko łakomym kąskiem dla miłośników sztuki, którzy mogą nacieszyć oczy najwyższej klasy architekturą.

Może to naiwne, ale miałam wrażenie, że wciąż unosi się tu potężny duch najbardziej tajemniczego chrześcijańskiego zakonu. I chyba nie jestem w tym odczuciu odosobniona – Umberto Eco wędrował po Tomarze, pracując nad „Wahadłem Foucaulta”, a „Imię róży” napisał, mieszkając w samym konwencie! To miejsce pełne klasy, godności i mistycyzmu, czego nie mogę powiedzieć o celu wielu pielgrzymów – słynnej Fatimie.

Serce z wosku

W miejscu objawień fatimskich, tam, gdzie rozpościerały się kiedyś malownicze łąki i pastwiska i gdzie trojgu pastuszkom ukazywała się Maryja, teraz mamy ogromny asfaltowy plac. Żadnego zielonego drzewka ani nawet krzaczka.

Na jego krańcach z jednej strony góruje bazylika Matki Boskiej Różańcowej, z drugiej – wzniesiony kilka lat temu kościół Trójcy Przenajświętszej, który szczyci się tym, że jest czwartym największym kościołem świata. I to by było na tyle jego walorów (w każdym razie estetycznych).

Nieco z boku stoi niepozorna Kaplica Objawień z figurką, a obok płoną świece wotywne. I nie tylko świece – do ognia w intencji wyzdrowienia wrzucane są woskowe serca, nerki, stopy… a nawet miniaturowe figurki ludzi. Jest w tym rytuale coś pierwotnego. Ale największe wrażenie zrobił na mnie widok kobiety, która na niemal pustym placu posuwała się na kolanach po wyznaczonym dla pielgrzymów pasie w stronę kaplicy.

Robiła to w skupieniu i z determinacją. W objęciach trzymała woskową figurkę niemowlęcia. Taką, jaką kilkaset metrów dalej można kupić w jednym z niezliczonych sklepów z dewocjonaliami. Leżą obok kartek pocztowych, magnesów na lodówki (oczywiście z podobizną pastuszków) czy chińskich plastikowych różańców.

Artykuł pochodzi z kategorii: Zwiedzaj świat

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Zobacz również

  • Nie ma znaczenia, czy przyjedziemy do Ortisei, Canazei, Corvary czy Arabby. W Dolomitach u stóp Gruppo del Sella przez cały tydzień można nie zdejmować nart i codziennie jeździć na innych stokach. więcej