Gruzja - jedz i zwiedzaj

W Gruzji atrakcji szukać specjalnie nie trzeba. Stare klasztory, twierdze i cerkwie są częstym elementem pejzażu, tak jak i bajkowe góry. A wino albo czaczę produkują tu prawie wszyscy.

Zdjęcie

Widok starych budynków i cerkwi w Tbilisi /123/RF PICSEL
Widok starych budynków i cerkwi w Tbilisi
/123/RF PICSEL

Kuszaj, kuszaj, czyli jedz, jedz – te słowa słyszałam najczęściej w Signagi, miasteczku we wschodniej Gruzji. Plotka głosi, że swoje winnice mają w okolicy Pugaczowa i Putin. Przyjechałam do tego regionu po kilku dniach spędzonych w Tbilisi, żeby wypocząć przed wyprawą w Kaukaz.

Moja głowa odpoczęła, ale żołądek nie. Płaskie chleby, za to wielkie na jedną trzecią stołu, biały ser (bardzo słony), chinkali (takie polskie pierogi, tylko trzy razy większe), chaczapuri (tłuste drożdżowe placki z serem), bakłażany przygotowywane na wiele sposobów (np. smażone z dodatkiem surowej startej marchewki doprawionej majonezem i czosnkiem), no i wypieki siostry zaprzyjaźnionego Gruzina, z tortem śmietanowym na czele, w ilościach, z którymi nie poradziłoby sobie kilku rosłych chłopów, a nas – niezbyt dużych niewiast – było dwie.

Reklama

Mój żołądek ratowało uczciwe, kachetyńskie wino (Kachetia to nazwa tego regionu), a żołądek mojej towarzyszki podróży jeszcze uczciwsza czacza, czyli wódka z winogron. Biorąc pod uwagę to, jak czacza rozwiązuje język, co przy wznoszeniu gruzińskich toastów nie jest bez znaczenia, i to, że nie ma po niej kaca, większe dawki tego trunku są wręcz zalecane.

Bo toasty to świętość gruzińskiej biesiady

Tak jak osoba tamady – mistrza wznoszenia toastów. Jest nim zwykle gospodarz, który jednak chętnie przekazuje tę zaszczytną funkcję gościom. Nasz wyczuł, że talent krasomówczy ma moja koleżanka. Mnie po winie nie szło tak dobrze.

Upodobałam sobie najmocniejsze, tzw. czarne, w kolorze skrzepniętej krwi, które pije się nie na co dzień, lecz tylko przy specjalnych okazjach, maksymalnie dwa, trzy kieliszki, bo bardzo podnosi ciśnienie.

Przewodniki zachwalają Signagi. Słusznie. XVIII-wieczne mury obronne, malownicze uliczki o gęstej zabudowie biegnące w dół albo w górę (nigdy płasko) zachęcają do spacerów i kontemplacji doliny Alazani, rozciągającej się u stóp miasteczka. Każdy, kto jest tu po raz pierwszy, chce znaleźć dla siebie dom. Przybywa pensjonatów, restauracji.

Domy mają tu Amerykanie, Litwini, Polacy. I choć od niedawna prawo zakazuje obcokrajowcom kupować nieruchomości, to pewnie i tak latem będzie w Signagi tłoczno. To także dobra baza wypadowa. Niedaleko stąd do winnic i wodospadu Lagodechi. 

Mnie niezapomnianych wrażeń dostarczyły dwie wycieczki na południowo- -wschodnie krańce kraju: do klasztoru Dawid Garedża wykutego w skałach i Parku Narodowego Waszlowani. Choć mówi się, że większy kompleks skalny, miasto Wardzia, jest piękniejszy, to wizyta w Dawid Garedży nie pozostawia niedosytu.

W drodze do klasztoru czeka dodatkowa atrakcja: we wsi Udabno – chociaż wsi tak naprawdę nie widać, za to po horyzont rozciąga się step – stoi bar Oasis Club, założony przez parę Polaków. Trzeba tu zrobić przystanek, bo po pierwsze, innego baru po drodze nie ma, a po drugie, miejsce jest wyjątkowe.

To jedyny biały budynek w okolicy

Gdy właściciele zaczęli go malować, Gruzini załamywali ręce: po co wydawać pieniądze na farbę, skoro beton można pokryć tanim szarym cementem? Dziś miejscowi chętnie wpadają do Oasis na karty i piwo. Choć wcześniej, kiedy po okolicy rozeszła się wieść, że jacyś Polacy kupili ruderę na pustkowiu, śmiali się do rozpuku i przychodzili oglądać wariatów.

W Oasis zawsze spotka się kogoś ciekawego. Rozmowy przy piwie, czaczy, winie trudno skończyć (łatwo natomiast przejść od nich do tańca). A od tego roku będzie jeszcze trudniej – bar rozbudowano i teraz oferuje on także noclegi. Nieziemskie muszą być wschody i zachody słońca w stepie.

Oprócz klasztoru wykutego w skałach (jego początki datuje się na VI w.) wycieczka oferuje też zmieniające się widoki – od stepu przez łyse pagórki aż po góry Azerbejdżanu. Temu, kto będzie miał szczęście, pogoda zacznie się psuć. Szczęście? Tak, bo tylko przy zmieniającym się świetle ujawni się pełne bogactwo kolorów pejzaży. Jeszcze jedno zapada w pamięć: śpiew ptaków podczas zejścia ze wzgórza.

Na koniec warto sprawdzić, czy w klasztorze nie trwa nabożeństwo, bo gdy do tych ptasich treli dołączy się prawosławny śpiew, poczucie innej czasoprzestrzeni jest gwarantowane. 

Wycieczka do parku Waszlowani zajmuje minimum trzy dni i trochę rekompensuje brak możliwości dojazdu do kaukaskiej Tuszetii, graniczącej z Czeczenią i Dagestanem. Wystarczyło, żeby kilka nocy z rzędu padał deszcz, a droga okazała się nieprzejezdna. A jak jest trudna, niech świadczy fakt, że grupa niemieckich turystów odmówiła powrotu z Tuszetii i musiał ich stamtąd zabrać helikopter.

Żeby dostać się do Waszlowani, nie jest potrzebny helikopter, a jedynie samochód terenowy z doświadczonym kierowcą i zgoda dyrekcji parku. Krajobraz tego miejsca, które znajduje się na terenach półpustynnych, ponoć bardzo przypomina Afrykę. Temperatura też jest podobna. I można poczuć się jak na safari, bo w takim upale lepszy jest samochód niż własne nogi.

Tylko dzika zwierzyna akurat się gdzieś rozpierzchła, oczywiście z wyjątkiem żmij

Jeden dzień spędziłyśmy na poszukiwaniu błotnych wulkanów. Okazały się całkiem małe, za to bardzo „żywotne” – bulgotanie szarej mazi było słychać i widać. O Tuszetii zapomnieć jednak nie mogłam. Zaczęłam więc kombinować, żeby zastąpić ją jeszcze bardziej dziką Chewsuretią, graniczącą z Czeczenią i Inguszetią, w moim przewodniku reklamowaną zdjęciem wyjątkowo przystojnych górali. Marzyły mi się nie tyle dotarcie autobusem do Szatili – kaukaskiego odpowiednika Machu Picchu – i nocleg u autochtonów, ile wyprawa z plecakiem w dzikie góry.

Jednak do tego był potrzebny przewodnik, który, jakimś cudem, się znalazł. Był nim Amerykanin mieszkający w Tbilisi, mówiący po gruzińsku, rosyjsku, ukraińsku, słowacku, polsku, niemiecku i hiszpańsku. 

W ciągu czterech dni zrobiliśmy ponad 40 kilometrów, docierając do Stepancmindy, miejscowości u stóp Kazbeku. Przez ten czas oprócz moich towarzyszy – koleżanki i przewodnika – widziałam jedynie konie, osły, psy, ponadtysięczne stada owiec i siedmiu pasterzy, z których jeden okazał się muzykiem i poetą. Także rajską, bujną roślinność, której nie ma w cywilizowanym świecie.

Sztukę pokonywania rwących strumieni opanowałam do perfekcji. Wiem już, że krowy mogą stratować obozowisko, że barszcz to roślina trująca i trzeba uważać, żeby się nim nie skaleczyć. 

Wiem także, jak wybrać miejsce na nocleg pod namiotem i że nawet takie w najpiękniejszym otoczeniu, jeśli będzie w niecce, zamieni się w koszmar, gdy w nocy spadnie deszcz. A płatki owsiane na wodzie z dodatkiem cynamonu mogą smakować jak najlepsze danie na świecie.

Katarzyna Świeżak

Artykuł pochodzi z kategorii: Zwiedzaj świat

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Więcej na temat:

Zobacz również

  • ​Miejsca, które najbardziej się zmieniły przez ostatnie 20 lat

    Czas nie wszędzie pędzi z tą samą prędkością. W różnych miejscach można odnieść wrażenie, że dni mijają jak szalone, w innych - że przez 50 lat nic się nie zmieniło. Zapraszamy was do podróży w... więcej