Szpindlerowy Młyn. Serce Karkonoszy

Hotelarze mówią o nim: „To Val d’Isere Europy Środkowo-Wschodniej”. Czescy narciarze o swoim kurorcie wolą mówić swojsko – „Perła Karkonoszy”. Wielojęzyczny tłum, który szu suje po białych stokach największego kurortu w Czechach mówi krótko – „Szpindel”. Do tego często dodaje „The best!”. Największy czeski ośrodek narciarski naprawdę jest najlepszy. I jest tu co robić, nie tylko na doskonale przygotowanych stokach.

Zdjęcie

Mglisty poranek w okolicach Szpindlerowego Młyna /123/RF PICSEL
Mglisty poranek w okolicach Szpindlerowego Młyna
/123/RF PICSEL

W Polsce od lat trwają dyskusje narodowe co jest lepsze. Czy inwestować w kolejki linowe na nielicznych naszych „wielkich” górach, czy też może zamykać je na kłódkę w obawie przed rozdeptaniem.

Nasi sąsiedzi zza południowej granicy pozbyli się tych wątpliwości i konsekwentnie rozbudowują swoje ośrodki narciarskie.

Reklama

Wprowadzili właśnie wspólne skipassy na większość czeskich ośrodków narciarskich, rozbudowują kolejki, poszerzają trasy i dokupują armatki śnieżne do naśnieżania stoków.

Miejsca, które jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu mogłyby grać rolę żywych skansenów w filmach o życiu codziennym w czechosłowackim „Szpitalu na peryferiach”, dzisiaj wyglądają tak, że można pomyśleć, iż człowiek jadąc na narty przysnął i minął nie jedną, a dwie granice i szusuje już w eleganckich kurortach Austrii.

Największe zmiany zaszły w Karkonoszach, gdzie niedaleko od polskiej granicy znajdziemy kilka świetnych dla narciarzy miejsc. Postanowiłem przekonać się na własne oczy i pojechałem do Szpindlerowego Młyna.

Miasto leży nad jeszcze sennie płynącą tu blisko swych źródeł Łabą. Spiętrzona zaporą poniżej Szpindlerowego Młyna tworzy zalew, w którego wodach przeglądają się kopulaste wierzchołki idealnych gór na narty – Prední Planina i Medvédínu.

Piękny zalew

Zalew zimą w większości pokryty jest lodem i śniegiem. Latem zaś staje się celem wędkarzy, którzy doceniają połowy miejscowego pstrąga. Zimą najważniejsze są tu jednak narty! Zostawiam więc samochód na parkingu, mijam eleganckie, jak spod igły, budynki stacji kolejki, zapinam deskę i wygodnym kanapowym wyciągiem ruszam na górę pierwszego z narciarskich szczytów.

Z każdym metrem na mijanych świerkach pojawia się więcej i więcej płatków śniegu. Nim docieram na wierzchołek, temperatura spada o dobrych kilka stopni, dzięki czemu śnieg, na dole spływający przy drobnych wahnięciach aury, tu trzyma się mocno przez cały sezon. Trasa początkowo jest łatwa, wręcz idealna dla początkujących. Szeroka łąka, wygładzona przez wiatr.

Niżej deska nabiera prędkości i trzeba przypomnieć sobie wszystkie triki, by w porę skręcać! Na szczęście jest jeszcze wcześnie i po nocnej pracy ratraków na stoku został elegancki „sztruksik”, czyli wzór, jaki powstaje na śniegu po przejechaniu wyrównującej stok maszyny. Szusuje się po nim wyśmienicie. Na dodatek jest tu jeszcze niewielu narciarzy, więc można spokojnie rozpędzić się w prawo i w lewo. Tylko kilku snowboardzistów skacze triki na snowparku.

Gdy przychodzi południe, tłum nieco gęstnieje i trzeba uważać na innych. Na szczęście wszyscy dziś jeżdżą w kaskach, więc poważniejsze wypadki należą już do rzadkości. Prywatna klinika w mieście składa głównie połamane kończyny.

Czas więc na odpoczynek

Można pokrzepić się wspaniałą gorącą czekoladą lub grzanymi czeskimi trunkami i zagryźć wszystko przekąską, a to wystarcza, by wrócić na stok i jeździć aż do zmroku. Dla tych, którym dzień to za mało, na jednym ze wzgórz zamontowano oświetlenie trasy. Dzięki temu można jeździć także wieczorem, aż do utraty tchu. Szpindlerowy Młyn założono około stu lat temu.

Początkowo ta mała osada była schronieniem dla drwali z miejscowych gęstych lasów i dla górników, którzy w Karkonoszach szukali (z powodzeniem) złota oraz mniej szlachetnych minerałów. Choć pierwszy pensjonat dla odwiedzających powstał jeszcze w XIX stuleciu, rozkwit miasta datuje się od czasów po pierwszej wojnie światowej. 

To wtedy w tutejsze góry ruszyli turyści, w „Szpindlu” wyrosły pensjonaty i hotele. W czasach socjalizmu kilka ośrodków podtrzymało tradycje, dziś miasto kwitnie.

Nie ma więc problemów ze znalezieniem czegoś „pod gust”. Degustować specjały czeskiej kuchni, wykraczające poza popularny „smażeny syr i hranolki” (frytki), czy też sączyć włoskie wino w przeszklonych lokalach nad rzeką? A może skoczyć do akwaparku? Takie dylematy na wakacjach – to ja rozumiem!

Marcin Jamkowski

Warto wiedzieć

W licznych hotelach i pensjonatach można znaleźć nocleg w cenie ok. 100-300 zł za noc (dwójka). W prywatnych kwaterach od 40 zł.

Ceny w barach i restauracjach zbliżone do polskich, piwo lepsze i tańsze. Należy wykupić ubezpieczenie narciarskie, by uniknąć wydatków w razie wypadku.

Tu znajdziemy wszystko: www.spindleruv-mlyn.com/pl/

Artykuł pochodzi z kategorii: Ferie

Świat & Ludzie
Więcej na temat:

Zobacz również

  • Zbudowany pod koniec XIX wieku brzozowski ratusz mieści na parterze Muzeum Regionalne. więcej